Złota księgarnia
Z Ewą i Waldemarem Podgórskimi, właścicielami Księgarni Wojskowej przy ul. Tuwima 34, uhonorowanymi przez Stowarzyszenie Księgarzy Polskich -rozmawia Włodzimierz Kupisz.

- Co zdecydowało o przyznaniu państwu złotej odznaki Stowarzyszenia Księgarzy Polskich?

W.P. - Myślę, że decydująca okazała się tutaj ilość 110 spotkań autorskich, zorganizowanych w okresie około 15 lat przez naszą Księgarnię Wojskową -najpierw "Bellony", a po sprywatyzowaniu - im. Stefana Roweckiego "Grota". Ponieważ w małej książnicy na ogół się nie mieścimy, spotkania odbywały się głównie w Sali Rycerskiej Klubu Garnizonowego przy ul. Tuwima 34 lub w sali eks-kina "Oka".

- W PRL każdy dom kultury miał godziwe pieniądze na kwiaty i honoraria dla gości zaproszonych na spotkania autorskie. Dziś, tylko niektóre biblioteki dysponują na ten cel skromnymi kwotami z puli ministra kultury i dziedzictwa narodowego. Jak sobie z tym radzi niewielka księgarnia, działająca na własny rachunek?

W.P. : Wolałbym nie zdradzać wszystkich szczegółów. Większość naszych gości ma świadomość, że nie dysponujemy specjalnym funduszem honoraryjnym za udział w spotkaniach. Z autorami jest o tyle prostsza sprawa, że czasem przywożą parę paczek swoich książek. Po zakończeniu wieczoru sprzedają i podpisują nowości, ale i książki wcześniej wydane. Pewien profesor zastanawiał się, że jeśli przyjdzie tylko sto osób to takie audytorium nie gwarantuje sprzedaży odpowiedniej ilości egzemplarzy. W razie potrzeby, weteranom zwracamy koszty podróży, przewozimy taksówką z dworca do księgarni, zapraszamy na skromny obiad. Bywało, że nocowaliśmy ich w naszym domu.

- Księgarnia zaprasza na spotkania z wyjątkowymi indywidualnościami. Nie zabrakło nawet Manfreda Zaenkera ps. "Malutki", żołnierza Wehrmachtu, którzy zbiegł do leśnego oddziału partyzanckiego "Jędrusi". Co było przyczyną takiej wolty?

W.P.: - To bardzo barwna postać. Jego życie trudno byłoby spisać nawet w kilku grubych tomach, ale nigdy nie dał się namówić do napisania wspomnień. Aby od czegoś w ogóle zacząć, Maciej A. Zarębski napisał więc o nim książkę pt. "Z wizytą u Manfreda", wydaną staraniem Staszowskiegó Towarzystwa Kulturalnego. Zaenker był pacyfistą, ale dojrzewał w nieludzkich czasach. Gdy dostał powołanie do wojska, próbował uciec pociągiem do Szwajcarii, ale dostał się w łapy Gestapo. W końcu trafił na front wschodni. Gdy w lipcu 1944 r. stacjonował w Sandomierzu, nawiązał kontakty z wywiadem Armii Krajowej i zdezerterował z bronią - trzema nowiutkimi karabinami maszynowymi MG 42. Tylu erkaemów sam by nie udźwignął. W ucieczce towarzyszyli mu: Robert Toman z Lotaryngii i Jerzy Karol Pyka z Katowic. Dostał się do oddziału partyzanckiego "Jędrusie", dowodzonego przez majora Józefa Wyrwę -"Starego". Wziął udział w kilku potyczkach, ale nie zabił żadnego Niemca. Dowódca trzymał go w odwodzie albo w ubezpieczeniu. W tym okresie poznał Stanisława Juźwickiego, który po wojnie został dyrektorem łódzkiej Elektrowni. Juźwicki potem, po zakończeniu działań wojennych - odwiedzał "Małego" w jego mieszkaniu w Berlinie Zachodnim. Kiedy dzięki polityce Willy Brandta, doszło do poprawy stosunków polsko-niemieckich pod koniec lat 60. ubiegłego stulecia, Juźwiccy często zapraszali Zaenkera do Polski.

- Podobno, znajomość języków obcych z okresu okupacji przydała mu się w zrobieniu kariery?

W.P.: Pan Manfred rzeczywiście w partyzantce poznał polski, a po aresztowaniu przez NKWD - siłą rzeczy zaznajomił się z językiem rosyjskim. Po wojnie ukończył studia, pracował w berlińskim magistracie aż wreszcie otrzymał posadę tłumacza w Urzędzie Kanclerskim Willy Brandta. Po przemianach ustrojowych, Polska o nim nie zapomniała. W październiku 1998 r. w Ambasadzie RP w Berlinie został odznaczony Krzyżem Partyzanckim. Jeszcze parę lat temu spotykaliśmy się z nim na zlotach "Jędrusi". Wyglądał niesamowicie z bardzo długą, siwą brodą w połączeniu z wygoloną głową.

E.P. - Ta broda i ten ubiór nie podobały się naszym kombatantom. Żartowali sobie z Manfreda, że się nie ogolił na uroczystość. Czasem, wyczuwałam ich wyraźną niechęć, wręcz lekceważenie dla Jędrusia z niemieckim rodowodem. Po upływie kilkudziesięciu lat seniorzy zapomnieli, że przyniósł Jędrusiom prawdziwy skarb - trzy nowiutkie erkaemy. Jednak M. Zaenker do ostatnich lat długiego życia dobrze czuł się w Polsce. Powtarzał często, że bardziej czuje się Polakiem niż Niemcem. Dużo czasu spędzał przecież w Busku Zdroju, gdzie poddawał się rozlicznym zabiegom sanatoryjnym. Stąd już miał niedaleko do miejscowości, z którymi połączyła go żołnierska i partyzancka przeszłość.

- Wśród gości waszej księgarni znaleźli się też uczestnicy wojny domowej m.in. łodzianin harcmistrz Jerzy Miecznikowski ps. "Wienciądz" (ur. 1924 r.), co miało związek z wydaniem ksiązki wspomnieniowej pt. "Uwolnić Cyfrę". Co to była za akcja?

E.P.: To była taka nasza łowicka "Akcja pod Arsenałem". W 60. rocznicę tych wydarzeń, gościliśmy wszystkich pięciu uczestników zdobycia więzienia NKWD i Urzędu Bezpieczeństwa w Łowiczu przy ul. Kurkowej. "Cyfra" to był pseudonim szaroszeregowa Zbigniewa Fereta. Ubecy aresztowali go m.in. z powodu posiadania radia ze zrzutu alianckiego i pod wyssanym z palca zarzutem współpracy z Gestapo. 8 marca 1945 roku patrol Szarych Szeregów zdobył budynek bezpieczeństwa bez jednego wystrzału. Było to możliwe dzięki podstępowi. Dwóch harcerzy podszyło się pod milicjantów, którzy konwojują do więzienia trzech aresztowanych volksdeutschów. Ci druhowie mieli ukrytą broń. Uwolnili z cel nie tylko trzech swoich kolegów, ale również 70 żołnierzy Armii Krajowej z powiatów łowickiego i skierniewickiego. Harcmistrz Jerzy Miecznikowski został skazany za tę akcję na 12 lat więzienia. Akt oskarżenia zarzucał mu działalność na szkodę państwa polskiego. Dopiero w wolnej Polsce można było wreszcie mówić o tamtej akcji. 13 marca 2008 r. w Łowiczu odbyła się 45-minutowa rekonstrukcja okupacji oraz akcji przed więzieniem NKWD i UB z udziałem 60 rekonstruktorów z Polski oraz z Czech.

Druha Jerzego Miecznikowskiego uhonorowała godnie Rada Miejska w Łodzi. W 2000 r. został udekorowany odznaką "Za Zasługi dla Miasta Łodzi".

E.P.: - To nietuzinkowa postać: propagator biegów na orientację w Łodzi i województwie łódzkim, współtwórca Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, prezes łódzkiego oddziału Stowarzyszenia Szarych Szeregów i - mimo podeszłego wieku - czynny instruktor harcerski oraz wychowawca młodzieży.

Skoro przywołaliśmy już rekonstrukcję historyczną odbicia druha Zbigniewa Fereta "Cyfry", proszę opowiedzieć o rekonstruktorach, związanych z imprezami księgarnianymi.

E.P.: - Oni po prostu są zawsze przy każdej ważniejszej uroczystości. Bodaj najstarsza w Łodzi Grupa Rekonstrukcji Historycznej I Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała Stanisława Sosabowskiego zaprezentowała się przed zaproszonymi gośćmi przy okazji nadania księgami imienia Stefana Roweckiego"Grota". Tę grupę utworzył harcmistrz Jacek Dziedziela, były spadochroniarz "czerwonych beretów".

W kwietniu 2000 r. Księgarnia im. Roweckiego "Grota" zaprosiła około 30 ostatnich żyjących jeszcze w kraju kombatantów z brygady Sosabowskiego. Czy był wśród nich jakiś łodzianin?

W.P.: - Tak, wtedy jeszcze żył podpułkownik Jan Wilk, rocznik 1917, ostatni lider łódzkiego środowiska spadochroniarzy spod Arnhem. Kampanię wrześniową 1939 r. rozpoczął jako dowódca radiostacji kompanii czołgów rozpoznawczych TKS w 10. Batalionie Pancernym, walczącym w składzie Armii "Łódź". Wziął udział w Bitwie nad Bzurą. Był świadkiem utraty ostatniego czołgu podczas walk pod Łuckiem. 19 września 1939 r. pod Horodenką, pod nosem czerwonoarmistów, przeszedł na rumuńska stronę, gdzie został internowany. Po ucieczce do Wielkiej Brytanii, dostał się do 4. Brygady Kadrowej Strzelców Kanadyjskich - wtedy jeszcze pułkownika Stanisława Sosabowskiego. Brygada składała się prawie z samych oficerów, którzy mieli przeszkolić rekrutów polskiego pochodzenia z Kanady. Sosabowski od początku realizował swój plan sformowania brygady powietrznodesantowej, która miała być zrzucona nad Polską dla wsparcia powstania powszechnego. Istniał nawet nierealny pomysł użycia jej w Warszawie - już w trakcie walk powstańczych. Jednak jak wiadomo, nasi spadochroniarze zostali użyci 21 września 1944 r. w operacji Market Garden. Podporucznik Jan Wilk wylądował w Driel koło Arnhem jako dowódca plutonu łączności. Wiatr zniósł go nad kanał odwadniający. Kula przeszyła czaszę spadochronu. Lądowanie skończyło się kontuzją kręgosłupa. Mimo tego łodzianin walczył przez tydzień, przeżył atak niemieckich czołgów i jako jeden z nielicznych zdołał uniknąć niewoli. W 50. rocznicę bitwy, podpułkownik Jan Wilk został zaproszony na wielkie uroczystości w Holandii, gdzie rozmawiał z królową holenderską i brytyjskim następcą tronu - Karolem, księciem Walii.

Pamiętam, jak w lipcu 2004 r. przed waszą księgarnią i w Śródmieściu zaroiło się od umundurowanych mężczyzn z Grupy Rekonstrukcji Historycznej 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej oraz 12. Pułku Ułanów Podolskich, którzy przylecieli aż z Chicago.

W.P.: - To było jedno z najbardziej widowiskowych spotkań. Świętowaliśmy akurat rocznicę bitwy o Monte Cassino. Zaprosiliśmy siedmiu rekonstruktorów z USA o polskich korzeniach. Był wśród nich łodzianin inżynier Tomasz Dąbrowski. Pracował w "Feniksie", Cepelii i Spółdzielni Rękodzieła Artystycznego, ale nigdzie etat nie dawał nadziei . W 1987 r. wyemigrował za ocean w gronie kolegów - wielkich miłośników historii. Na początek lat osiemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych przypadł boom na odtwarzanie bitew i pododdziałów wojskowych, między innymi z okresu II wojny światowej. Ta pasja wiązała się z kolekcjonowaniem starych motocykli, transporterów opancerzonych, a nawet czołgów. Udało im się kupić oryginalne karabiny z demobilu wojskowego, używane przez ułanów podolskich pod Monte Cassino. Były wówczas po 150 dolarów za sztukę. Kto ma pieniądze, może tam kupić dosłownie wszystko... To nie jest tylko zabawa dużych chłopców. Nasi rodacy zarejestrowali się jako Grupa Charytatywna "Stowarzyszenie Historyczne Armii Polskiej". Utrzymują kontakty z kombatantami. Aby zdobyć fundusze na działalność, organizują bankiety, widowiska plenerowe np. z okazji rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Zbudowali replikę ulic Chłodnej i Elektoralnej z czteropiętrowymi kamienicami. W bitwie wzięło udział 220 statystów. W płonących, walących się dekoracjach buszowały transportery opancerzone i Tygrysy. Takie rekonstrukcje gromadziły nawet 2,5-tysięczną publiczność!

W galerii sławnych łodzian, którzy przewinęli się przez księgarnię - znalazła się dr nauk medycznych, anestezjolog Józefa Stefanowska-Rybus pseudonim "Poranek". Książkę o niej pt. "Od Ponurego do białego fartucha" napisała inna łodzianka - Maria Piechowska, dyrektor oddziału banku w naszym mieście. Czymże zasłużyła się "Poranek" trafiając do tego grona kombatantów?

E.P.: - Poszła do partyzantki w ślad za starszym bratem "Osetem". Trudno w to uwierzyć, ale ta 17-letnia dziewczyna, pochodząca z Kostopola na Wołynia, podczas wojny między innymi była. ochroniarzem legendarnego dowódcy partyzanckiego "Ponurego". Dostała się do Plutonu Ochronnego Zgrupowania "Ponurego" w Górach Świętokrzyskich. Kapitan Jan Piwnik "Ponury" był cichociemnym. Aliancki samolot zrzucił go na spadochronie nad okupowaną Polską. Jego podkomendna nie miała w lesie łatwego życia: jako jedyna kobieta w pododdziale, ostatnia myła się w zastępujących łazienkę kałużach i strumieniach, aby uniknąć zalotów i ciekawskich spojrzeń kolegów. Kiedyś zaczął się do niej dobierać pijany oficer sztabowy. Z kłopotów wybawił ją inny partyzant. Przylał zalotnikowi ku przestrodze kolegów "Poranka" z plutonu. Jesienią albo w deszczu, sen w szałasie nie przynosił odprężenia. Budziła się zziębnięta, głodna, w zabłoconym ubraniu. "Ponury" narzucał nieludzkie tempo marszu, aby wymknąć się pościgowi i obławom. W czasie jednej z nich odniosła ciężką ranę postrzałową płuca. Schudła do 22 kilogramów. Została ewakuowana do warszawskiego szpitala, gdzie przeszła kilkadziesiąt punkcji, łączących się z niewymownym cierpieniem. Przy jej gwałtownym spadku masy ciała, lekarze bali się stosować normalne znieczulenie. Po prostu otarła się o śmierć. Po wojnie przeprowadziła się do Łodzi, gdzie wypełniła przyrzeczenie złożone w chłopskiej stodole, w czasie, gdy była ciężko ranna - dostała się na studia medyczne.

Inną sławną kombatantką, którą gościła księgarnia była znana aktorka Zofia Rysiówna. Choć nie miała łódzkich korzeni, zaangażowała się ratowanie pochodzącego z naszego miasta Jana Karskiego, kuriera Państwa Podziemnego. W jakich okolicznościach trafiła na spotkanie?

W.P. Odbywała się właśnie promocja książki pt. "Wspomnienia polskich uchodźców na Węgrzech 1939-1945". Aktorka opowiedziała o pobycie kuriera w 1940 r. w domu jej matki w Nowym Sączu przy ul. Matejki. Po paru dniach wyruszył z przewodnikiem w kierunku Słowacji. Najprawdopodobniej z powodu zdrady, zostali pojmani i wydani w ręce gestapowców. Przewodnik zginął, a kurier po skatowaniu próbował odebrać sobie życie. Znał zbyt wiele tajemnic podziemia, żeby go pozostawić własnemu losowi. Do akcji wkroczyli konspiratorzy ze Związku Walki Zbrojnej. Skontaktowali się ze współpracującym z organizacją lekarzem ze szpitala, do którego zabrano po torturach Jana Karskiego. Strażnik pilnujący rannego został przekupiony. Karskiego trzech konspiratorów ewakuowało przez okno na piętrze. Część drogi uciekali kajakiem. Ranny wypadł do Dunajca, ale uratował go brat Zofii Rysiównej - Zbigniew. Kurier trafił do dworu Morawskich w Marcinkowicach. W swoich wspomnieniach wojennych zatytułowanych "Tajne państwo" napisał, że grupa, która go odbiła - miała go zabić w przypadku niepowodzenia akcji...

E.P. - Na spotkaniu z Zofią Rysiówną - obok aktorki usiadł zgierzanin, major Jerzy Oskar Stefanowski "Habdank", w przeszłości dowódca kompanii w kieleckim zgrupowaniu partyzanckim "Ponurego". Pani Zofia, bohaterka naszego spotkania miała wówczas ponad osiemdziesiątkę. Mimo siatki zmarszczek, jej twarz wciąż nosiła ślady wyjątkowej urody. Gdy wyjęła puderniczkę i zaczęła poprawiać makijaż, nikt specjalnie się nie zdziwił. Nikt poza 90-letnim majorem "Habdankiem", który wypalił bez zastanowienia: -Dziewczynko, ile ty masz lat? W odpowiedzi usłyszał: "Chłopcze, a co cię to obchodzi?".

Dziękując za rozmowę pozostaje mi życzyć państwu stu następnych intrygujących spotkań autorskich.

Włodzimierz Kupisz
Dziennikarz "Expresu Ilustrowanego"